bistable

ZURYCH odc. 1 – Kaczka czy zając?

Na jesieni byliśmy z Asią Pawluśkiewicz na Impro Talks Symposium, które miało miejsce 20-21 października (tak wiem, nie ma to jak spisać wrażenia na świeżo…) w Institute for the Performing Arts and Film na Uniwersytecie Sztuki w Zurychu. Sympozjum odbyło się jako część festiwalu improwizacji w Zurychu. Mam nadzieję, że ten wpis to element dłuższej serii, ale kto wie czy czas i motywacja do pisania pozwolą. W każdym razie, na początek chciałem opowiedzieć o wykładzie dra Guntera Loesela pt.: “Playing Games with Frames: a Model of Performativity and Impro”.

Patrząc na spektakl improwizowany widzimy improwizatora czy postać? Czy oglądamy zabawę kilku osób czy historię? Gunter podczas swojej prezentacji starał się odpowiedzieć na te pytania używając pojęcia bistabilności. Tak jak jesteśmy w stanie widzieć na tytułowej rycinie kaczkę albo zająca ale nigdy dwie rzeczy na raz, tak nie jesteśmy w stanie widzieć jednocześnie improwizatora i postaci którą gra. Nasz umysł podejmuje decyzję, co właśnie ogląda i nie do końca jest jasne na jakiej zasadzie ta decyzja zapada. Co więcej, z perspektywy osoby występującej to nie powinno mieć znaczenia, bo w momencie grania aktor nie ma na to wpływu. Zresztą improwizatorzy aktywnie uczą się tego, aby nie przejmować się jak są postrzegani – jest to konieczna umiejętność aby uwolnić swoją kreatywność spod oceny widowni. Z punktu widzenia spektatorów jednak ma to ogromne znaczenie czy ogląda kilka osób wygłupiających się na scenie czy bohaterów historii. Pomijając aspekty profesjonalizmu i poziomu doświadczenia improwizatorów kluczowe znaczenie ma tzw. framing, czyli oprawa spektaklu – to w jaki sposób spektakl się zaczyna, gdzie się odbywa, jak wygląda scena i widownia, światła, muzyka etc.

Sam fakt, że aktorzy-improwizatorzy znajdują się na scenie jest elementem ułatwiającym patrzenie na nich jako na postaci. Jednak to co jest fajne w impro, czyli przełamywanie na początku czwartej ściany może być też zgubne, ponieważ aktorzy ukazują się widowni w pewnym sensie jako osoby prywatne. Stąd istotne jest odpowiednie określenie sytuacji – nazwanie wydarzenia, w którym widownia bierze udział, stworzenia pewnego języka, w którym performerzy porozumiewają się z widownią. Niezależnie od typu spektaklu improwizowanego jest to zawsze jakiś rodzaj mniej lub bardziej skodyfikowanej rozgrzewki z publicznością. Ludzie siedzący obok siebie na widowni, szczególnie jeśli oglądają tego typu spektakl po raz pierwszy, nie do końca wiedzą w jaki sposób mogą reagować. Niektórzy tak jak w teatrze klasycznym starają się wstrzymywać z jakimkolwiek wyrażaniem emocji, z drugiej strony widownia zaznajomiona ze stand-upem czy w nastroju koncertowym potrafi swoimi reakcjami i wkładem przeszkadzać w spektaklu. Widzowie, którzy jeszcze przed chwilą nie znali się i siedząc obok siebie byli raczej skłonni nawzajem kontrolować swoje zachowania, poprzez rozgrzewkę rozluźniają tego typu tendencje. Rozgrzewki z publicznością pokazują, że jak najbardziej widownia może reagować i komunikować się z improwizatorami, ale też nadaje ramy tej komunikacji, pokazuje momenty w których mogą coś dołożyć od siebie a w których nie jest to pożądane. Rozpoczęty w ten sposób spektakl buduje w widowni odpowiedni mindset, który pomaga zarówno im w odbiorze widowiska jak i performerom w graniu.

Kolejnym elementem framingu jest to czy improwizatorzy używają kostiumów i rekwizytów a scena wyposażona jest w elementy scenografii czy nie. Różne szkoły improwizacji są podzielone – szkoła chicagowska zdecydowanie stoi po stronie braku jakichkolwiek propsów, które według niej zawężają wyobraźnię występujących. Improwizatorzy ze szkoły chicagowskiej (czyli zbudowanej na teatrze iO i haroldzie) zwykle ubierają się w swoje zwykłe ubrania – raczej jednak w coś nie krzykliwego, nie wyróżniającego się i przez to nie narzucającego konwencji. Z drugiej strony szkoła johnstonowska (wywodząca się od Keitha Johnstone’a) dopuszcza obecność rekwizytów, ale też z natury przedstawia się jako wydarzenie kulturalne bliższe swoją estetyką do widowiska sportowego. Stąd aktorzy w duchu johnstonowskim często zakładają trykoty w “barwach klubowych”, odpowiadające sobie stroje mówiące “hej, jesteśmy w jednej drużynie!” Daje to w efekcie dużo bardziej swobodną atmosferę, ale też z łatwością ociera się o tandetę. Niemniej jest to element framingu i ważna decyzja grupy improwizowanej, bo wytwarza odpowiednie wrażenie w publiczności.

Dalszym poziomem framingu jest pojęcie gry, które jest w ogóle centralne dla całej improwizacji, ale też bardzo różnie rozumiane. W tradycji johnstonowskiej grą jest zestaw reguł jawnie rządzących sceną, które są wyjaśniane publiczności. Wówczas widownia ogląda zmagania improwizatorów z ograniczającymi ich regułami, natomiast według Keitha Johnstona te reguły, zawężając pole manewru improwizatorom w rzeczywistości odwracają tylko ich uwagę od autooceny i pomagają w kreatywnym budowaniu historii. Na antypodach tego rozumienia gry jest szkoła chicagowska, harold i slow comedy, które grę traktuje jako środek do celu i coś co powinno organicznie wypłynąć ze sceny. Gdzieś pomiędzy tymi dwiema skrajnościami jest UCB, które grę traktuje jako cel i tym samym skupia całą energię improwizatorów aby odkryć jej regułę. Niezależnie jednak od tego, jak gra jest traktowana przez performerów, widownia zawsze stara się zrozumieć na czym ona polega, co skutecznie odciąga uwagę widowni od tego, że patrzy na kilka dziwnych osób na scenie.

Dr Gunter Loesel, który oprócz naukowego podejścia do improwizacji teatralnej sam też jest aktywnym performerem w Bremie, na koniec swojego wykładu stwierdził, że impro to generalnie rzecz biorąc gówniany teatr (dosłownie powiedział: “Impro is rubbish”), ale mimo wszystko potrafi wytworzyć wspaniałe doświadczenie teatralne dla widowni właśnie dzięki framingowi, który definiuje to czy patrzymy na kaczkę czy na zająca. To też wyjaśnia dlaczego impro na nagraniach wideo tak źle wygląda – widz nie będący wciągniętym w oprawę spektaklu i ciągłą wymianę energii pomiędzy widzem a performerem, a jedynie oglądający na zimno przebieg spektaklu, ma duży problem aby dostrzec w tym jakąkolwiek wartość.

PS Wyjazd był współfinansowany ze środków Fundacji Klancyk.

Comments

comments