tj-dave-by-eleonora-briscoe

Slow Comedy

Późny listopad 2014, wieczór. Jadwiga Thun nadaje z Wiednia, że zwolniły się dwa miejsca na zajęciach u TJ-a i Dave-a. Odpisuję, że tak, że jedziemy, żeby nam bukowała obydwa miejsca, chociaż jeszcze nie wiem co na to Piotr Sikora. Piotr za chwile wchodzi do mieszkania, zanim zdąży zdjąć kurtkę ja się pytam:Piotr Sikora i Paweł Najgebauer w drodze do Wiednia na warsztaty z TJ&Dave
– Jedziemy do Wiednia?
– Kiedy?
– Teraz.
– Jedziemy.

Pół godziny później jesteśmy na alei Krakowskiej, mknąc szarą strzałą na południe.pip&tj&dave

Czemu o tym piszę? Bo jesteśmy fajni i potrafimy się spakować w mniej niż 30 minut? Też, ale również chciałem się podzielić miłym wspomnieniem związanym bezpośrednio z moją miłością do slow comedy. W końcu, gdyby nie Tj Jagodowski i David Pasquesi, pewnie nigdy bym się nie zainteresował improwizacją teatralną a w szczególności tym wolniejszym nurtem tworzenia historii na scenie.

Kim do cholery są TJ&Dave

Kiedy w 2012 roku uczyłem się Harolda w iO Chicago, nie było zajęć, na których nie wspomniano by o nich. Niezależnie od nurtu, formatu, rodzaju ćwiczeń czy gier improwizowanych, oni zawsze stanowili jakiś niedostępny wzorzec. Prawda w scenie – tak jak oni. Konsekwencja postaci – tak jak u nich. Nawet w kontekście kiepskich spektakli z nieskończoną rewerencją mówiono o pierwszym ich spektaklu, który podobno był kompletną klapą.

Idąc więc pierwszy raz na ich spektakl byłem pełen oczekiwań, ale też wiedziałem dokładnie z jaką materią będę miał do czynienia – w końcu, jak przystało na nerda improwizacji, film “Trust us, this is all made up” miałem obejrzany wzdłuż i w poprzek wiele razy. No ale zobaczyć na żywo to jednak co innego.

io-sign-clarkcharna_photos Wtedy jeszcze iO mieściło się obok stadionu Cubsów – bardzo popularnej i jednocześnie nieskończenie gównianej drużyny bejsbolowej. Wchodząc do tego małego niebieskiego budynku wciśniętego pomiędzy bar i sklep z koszulkami sportowymi, czuć było zapach starego teatru – woń tłustego kurzu obklejającego wszystko, od podłogi, poprzez scenę, ściany i bar aż po wypierdziałe siedzenia. Obok kasy wisiały stare zdjęcia z różnych etapów rozwoju teatru. Ołtarzyk Dela Close’a, antyczne fotografie wiecznie grubego Chrisa Farleya, wyszczerzonego Mike’a Myersa, Adama McKaya, Stephena Colberta, Tiny Fey i wielu innych znanych absolwentów iO Training Center. Jednak, mimo filmowych i telewizyjnych karier pozostałych osób, jedynie Del Close i TJ&Dave otoczeni byli aurą wyjątkowości.

Oprócz statusu gwiazd, mieli też najtańsze bilety. 5$ za wejście gwarantowało im wyprzedane spektakle na kilka tygodni do przodu, mimo że występowali niezmiennie o godzinie 23 w środy. Wiedząc co mnie czeka, wykupiłem bilety zawczasu na wszystkie 5 śród podczas mojego pobytu, żeby nie uronić ani spektaklu (wiem, brzmię jak nastoletnia fanka Biebera). Tak jak nie znoszę kultu jednostki ani żadnych świętości, tak te 5 spektakli stworzyło w moim umyśle obraz czegoś absolutnego, niedoścignionego, do czego mimo wszystko chciałbym dążyć. Oni sprawili, że uwierzyłem w to, że improv to nie tylko rozrywka ale też dziedzina sztuki. Pokazali mi też, że mimo 3 krzyżyków na karku, mogę, rozmawiając z kimś, przestępować z nogi na nogę i jąkając się, prosić o autograf. Dokładnie jak nastoletnia fanka Biebera.

Improvisation at the speed of life

bookIch spektakl trwa dokładnie tyle, ile trwa przedstawiona akcja. 50 minut z życia fikcyjnych postaci przelane jest na 50 minut na scenie. Nie ma typowych dla improwizacji tzw. time dash, czyli skoków fabularnych w przyszłość czy przeszłość. Bywają skoki w inne miejsce, gdzie pokazane są równoległe wydarzenia. To wszystko składa się na jedną historię, w której bierze udział kilkoro a czasem kilkanaście postaci. Czasem dwie. To zresztą nie ma znaczenia – jest dokładnie tyle ile potrzeba a raczej tyle ile tam jest, ponieważ panowie Jagodowski i Pasquesi wierzą, że ta scena w którą “wchodzą” dzieje się na scenie zanim zaczną jak również trwa po zakończeniu spektaklu. Tak się po prostu składa, że oni nie wymyślają tej sceny tylko są nią obdarzeni na równi z publicznością, która temu świadkuje. Brzmi religijnie? Jak cholera, ale co to ma za znaczenie jeśli to działa?

Cały szwindel polega na tym, żeby zdjąć z siebie ciężar oczekiwań. Nie wymyślasz tylko odkrywasz. Czym to się różni, skoro fikcja, która wydarza się na scenie ostatecznie jest wytworem wyobraźni grających? Niby niczym, ale jest to pewna sztuczka, która powoduje, że świat na scenie jest dużo bardziej wiarygodny, mniej wydumany. Cokolwiek przychodzi do głowy na scenie jako “dobry pomysł w danej sytuacji” jest automatycznie złym pomysłem, ponieważ jego źródło leży poza sceną – a dokładnie w patrzeniu na scenę z zewnątrz. Samo nazwanie tego “sceną” czy “spektaklem” oddala nas od slow comedy. To działa wyłącznie jeśli tam jesteśmy, myślimy i czujemy jak te postaci, nie zmyślamy tylko reagujemy, nie planujemy tylko jesteśmy obecni w każdym momencie. Potem przychodzi kolejny moment a my dalej jesteśmy obecni. I tak dalej, aż zgasną światła.

Te światła są ważne, bo jak zdecydować o końcu sceny jeśli nie jesteśmy w “scenie” tylko mentalnie i emocjonalnie przenosimy się do innego świata? Slow comedy wymaga kogoś z zewnątrz, szamana, który będzie czuwał i zdecyduje o końcu. Dla TJ-a i Dave-a tym szamanem zazwyczaj jest Matt Higbee, wspaniały improwizator i nauczyciel, bez którego ta dwójka już na zawsze pozostałaby w równoległym uniwersum.

tj-dave-by-eleonora-briscoeTo co najbardziej mnie zafascynowało w ich spektaklu to zaangażowanie w to co robią, a raczej w świat, w którym są. Raz udało mi się siedzieć w pierwszym rzędzie. Dave, będąc akurat lodziarzem, wygrzebywał gałkę z pojemnika, który geograficznie znajdował się tuż przy mojej twarzy. Ja tymczasem patrzyłem na twarz Dave’a i wiedziałem, że on nie ma pojęcia, że ja tu siedzę, że to jest jakaś scena, jakaś widownia a on bez sensu grzebie niewidoczną łyżką w powietrzu. Pasquesi stuprocentowo wierzył w to co robi, autentycznie był w tym świecie i nie obchodziło go czy to jest w tym momencie śmieszne, mądre, jakieś – taka ocena wymagałaby przyjęcia zewnętrznego kryterium, ale dla nich nie ma żadnego “zewnątrz”. To było takie jakie było, ponieważ właśnie się odbywało i nic innego nie powinno się w tym momencie dziać.

Nauka slow comedy

Chyba lepszej definicji na slow comedy nie znajdę niż to co napisałem w poprzednim paragrafie. Jeśli ktoś spyta czy slow comedy ma być śmieszne, powiem, że nie. Czy może być śmieszne? Tak, często jest, tak jak śmieszna bywa rozmowa dwojga ludzi, ale tego nie da się zaplanować.

Niedawno skończyłem prowadzić pierwszy, eksperymentalny kurs slow comedy. 15 osób przez 8 tygodni dzielnie wysłuchiwało po swoich scenach moich rad i opinii, których udzielałem po omacku. To jest o tyle trudne do wyjaśnienia, że jest bardzo proste jako koncept. Wymaga tak naprawdę zmiany podejścia, którego nabyło się na innych kursach improwizacji teatralnej, kreatywnego pisania, storytellingu czy innych zajęciach, na których człowiek uczy się zmyślać. Tymczasem tu nie ma żadnego wymyślania, tylko odkrywanie. Tylko co to znaczy? Co oznacza odkrywać, skoro na tej scenie, oprócz dwóch krzeseł, nic nie ma?

Naprawdę nie wiem. Ja jestem mało duchowy, więc powiem, że to jest chyba jakaś sztuczka, którą wyczynia się na swoim umyśle, tak jak sztuczką jest dla mnie hipnoza. To jest zajrzenie w inny wymiar, spojrzenie pod kątem do rzeczywistości i nagle znalezienie się gdzieś indziej z kimś innym. Jak już przejdziemy przez ten dziwny portal, slow comedy niczym nie różni się od życia. Nie musimy nic wymyślać, tak jak w życiu nie wymyślamy “jak tu odpowiedzieć komuś żeby to brzmiało naturalnie”, tylko odpowiadamy. Nie wymyślamy, że pójdziemy do lodówki, bo moja postać mogłaby być właśnie głodna tylko odczuwamy głód i idziemy do lodówki aby go zaspokoić. Po prostu jesteśmy tam jako ktoś i zajmują nas tylko bieżące sprawy tego kogoś.

W nauce improwizacji teatralnej często mówi się “zareaguj emocjonalnie”. Weź dowolną emocję, odegraj ją po czym znajdź wyjaśnienie dla niej. To działa, gdy uczymy się podstaw. Bez problemu można uzasadnić dlaczego płaczemy po tym jak ktoś powiedział do nas “Wiesz, są różne rodzaje krzeseł”. W slow comedy tak byśmy nie zrobili. A raczej moglibyśmy, ale to nie jest ta kolejność. W slow, podobnie jak w życiu, naprawdę musimy przeżyć emocję. Nic nie odgrywamy, nie przesadzamy, nie przerysowujemy. Znajdujemy w sobie pokłady wrażliwości i spokój, dzięki któremu emocję się pojawią. Nie trzeba ich wymyślać. Patrzymy komuś w oczy i już wiemy kim dla siebie jesteśmy bo przecież tylko tak patrzy się na żonę/kochanka/matkę/szefa itd.

To wszystko trudne, bo będąc na scenie od razu czuje się potrzebę, że coś musi się dziać, coś trzeba powiedzieć, najlepiej coś mądrego i śmiesznego zarazem. Więc człowiek skupia się na sobie, zaczyna paplać, nie wierząc w ani jedno swoje słowo i brnie w otchłań kompletnej bzdury. Tymczasem TJ z Davem powiedzieliby: jeśli nie masz nic do powiedzenia to nic nie mów. Po prostu bądź.

Paweł Najgebauer

PS Jeśli nie chcesz lub nie możesz pojechać do USA aby zobaczyć wspaniałe przykłady spektakli w duchu slow comedy, takie jak wspomniany (wielokrotnie, aż do wyrzygania) TJ&Dave czy Dummy (wspaniali Colleen Doyle i Jason Shotts), polecam wpaść do Klubu Komediowego w Warszawie i zobaczyć lokalne produkcje: Sufin/Młynarski, Hurt Luster, PIP Show lub Sobota Wieczór (wkrótce również w Teatrze Powszechnym!). Jeśli bliżej Ci do Wrocławia to polecam duet Dwaj Panowie (Artur Jóskowiak i Mateusz Płocha).  

PS 2 Można też trochę poczytać tu: SPLITSIDER

PS 3 Slow to nie jest technika improwizacji, która została opracowana we Francji przez Marko Mayerl i Matthieu Loos w 2010r. To coś znacznie starszego. Dziękuję, pozdrawiam.

Comments

comments