header-image-transparent-700x524

Pozdrowienie kopenhaskie

12874622_518239645022513_1026969131_oLeżę właśnie sobie na łóżeczku w duńskim guesthousie i słyszę samochody i trąbienia i jest Wielki Piątek i w ogóle nie ma tutaj żadnego nastroju żałobnego co cieszy człowieka. Leżę od kilku dni już rankami w tym łóżeczku i za godzinę będę wychodzić na warsztaty i przez 7 godzin będę z obcymi coraz mniej ludźmi zagłębiać się ostatni dziś raz w tajniki długiej formy improwizacyjnej. Warsztaty* nazywają się „Thinking Big and small at the same time” i prowadzi je pan z Chicago, Steve Waltien, który gra na przykład w Improvised Shakespeare w iO. I w wielu innych rzeczach. I uczy. I bardzo się cieszę, że mogę się od niego uczyć.

I co? Bardzo miłe warsztaty, Steve spokojnie mówi, spokojnie ćwiczymy, zrobiłam sobie założenie, że będę nic nie inicjować, żeby powstrzymać swoje reżyserowanie. I tak robię. Siedzę i notuję i gram z ludźmi z Norwegii, Austrii, Niemiec, Kanady, Węgier, Łotwy, Bułgarii i to jest bardzo dziwne. Nie tylko dlatego, że po angielsku się gra i czasem to jest dziwaczne, ale też, że z obcymi ludźmi jest to wielkie wyzwanie, nic człowiek nie wie co oni robili dwa tygodnie temu i dlaczego są albo nie są nieszczęśliwi, nie wiem czy piją czy palą, nie wiem czy wierzą w opiekujący się nimi nieistniejący byt, czy nie wierzą, nie wiem czy mają dzieci czy nie – i wali mnie po sercu i oczach prawda, że ciężko tak grać, że dla mnie lepiej działa jak mam do osoby z którą gram zaufanie na 100 procent. O której wiem dużo, która zna moje sekreciki także. Tak lubię. Na zupełnej szczerości i przyjaźni, inaczej to jest takie jakieś grzeczne obwąchiwanie się. Wniosek pierwszy więc jest taki, że trzeba razem być żeby grać, nie da się tak, ot, na pół gwizdka, wpadnę, wypadnę, ucieknę. Znaczy, nie, pewnie, że się da, ale to będzie fałszywe, rozrywkowe, zabawowo. Kabarecik improwizowany. Szczerość i zaufanie, no wielkie odkrycie, zaśmieje się ktoś – a ja powiem: a niech się zaśmieje, proszę, ale mi to jest potrzebne. I pokłócić się trzeba i kochać i upić, no co ja poradzę. Ale pomijając to wszystko, w miłej atmosferze gramy sobie sceny z długiej formy, z reguły wariackie, no bo co zagrać w lęku przed urażeniem ludzi obcych. Innych, ale równocześnie jednak – jest to samo. Jedzie się w te dziwne związki i dziwne postaci, w tych psychiatrów z tikami kochającymi żuki i zmieniającymi płeć po śmierci. A poza tym z przyjemnością obserwuję modę – moda improwizatorska na koszulki pozornie niedbałe z ironicznymi napisami najczęściej z superbohaterami, wojnami gwiezdnymi etc – i na to bluza szara lub z napisem Second City czy iO. Bardzo ciekawe. Taka lekka nerdoza, ale bardzo kontrolowana i bardzo precyzyjnie do niej dobrane są bardzo dobre tenisówki. Jak dresik to elegancki. Włos zmierzwiony, a w wydaniu kobiecym koczek sprężyną zawiązany i strój wiszący, ramię odsłaniający. Patrzę co mam na sobie – dokładnie, też jestem wzorcem z Sevres. Prymusi klasowi z notesami na kolanach (ja! ja!) kawę pijący, a ci co byli w Chicago, kombuchę (ja! ja!), no bo jak inaczej. Rzucanie nazwiskami słynnych improwizatorów i niby ironiczne, ale pełne nabożeństwa przywoływanie Tj’a and Dave’a. Sekta jak nic. A może raczej subkultura.

Ale Steve extra i spokojnie prowadzi i ładnie przerywa sceny i dobre uwagi daje i pięknie prowadzi tych co nie wiedzą przez początki Harolda, i ładnie mówi i chwali nawet tam, gdzie nie powinien.

12915062_518239558355855_1555178422_oA ja sobie tak siedzę, rozmawiam od czasu do czasu z chłopakiem z Lublina, który też tu jest i gadamy o polskiej improwizacji i ja się ostro wypowiadam na temat kabaretów, bo a jak, bezkompromisowość i snobizm to moje pierwsze imię przecież. Walę więc od czasu do czasu moimi objawionymi prawdami i jak bardziej nie znoszę żartów i jak to wszystko poważnie traktuje i potem co? Potem sobie myślę, co jak tak walę, co ja tak obuchem, może powinnam być miła i przyjemna, a nie od razu zionąc ogniem jedynej słusznej drogi? Czy nie zachowuję się jak wariat jednostronnie myślący? A potem sobie myślę – a dlaczego nie, a dlaczego mam kryć co myślę i dlaczego czuję od razu niezręczność jak walę swoimi opiniami i tak strasznie się przejmuję co ludzie myślą? Prosta odpowiedź na to jest, no nie ma co ukrywać tej odpowiedzi – mi nie wypada tak walić prawda swoją po oczach, tak samo jak nie wypada mi się tarzać i zalewać potem na scenie, nie wypada mi ryczeć i wyć – bo jestem przecież kobietą. Jak chłop to robi, jak mówi wprost, jak ryczy i wyje na scenie jak szaleje – to jest super, to jest odwaga, to jest szał – ale jak my to robimy – to jest jednak pełen zakłopotania uśmieszek i taka wycofka – dziewczyny, co wy tak wrzeszczycie, co wy tak szalejecie, po to te emocje. No jest tak, nie udawajmy, że nie. Więcej wam wolno, koledzy, zazdroszczę wam tego. Ja ze swojego szału muszę się tłumaczyć, wy nie musicie. Ja będę wariatką, wy możecie być odważni. U mnie pójdzie na konto okresu, u was na konto bezkompromisowości. Mój szał zostanie potratowany protekcjonalnie, wasz zostanie doceniony. No ale trudno – i tak dobrze, już i tak jest lepiej, już za jakieś 50 lat może będzie to na jednym poziomie i żaden chuj z rządu nie będzie mi zabraniał kupować sobie bez recepty pigułek po i wiedział lepiej jak funkcjonuje moje ciało.

No i co? Z przyjemnością odkrywam i prawię płaczę ze wzruszenia, że nie wszędzie tak jest. Że to jest kwestia wschodnioeuropejskiej katolickiej smutnej mentalności, to protekcjonalne traktowanie kobiet, to sprowadzanie wszystkiego do roli płci, to szanowanie tylko męskich wyborów. Rozmawiamy o tym w towarzystwie norwesko-łotewskim i Norwegowie z szokiem słuchają tego co mówimy z dziewczyną z Łotwy a przytakuje nam Węgierka. Nie ma tego tam! Nie ma już! I w Ameryce tego nie ma i co? Budzi się wielka nadzieja, że wreszcie kiedyś zaczną nas w Polsce traktować jak partnerki, a nie jak jakieś dziwaczne baby, które wdarły się w nie swój świat i zdumiewająco nie chichotają w kącie z koleżankami nieśmiałymi i nie wyszywają kwietnych wzorów. Biedne dziwaczki, które buntują się zabawnie przeciwko swojej roli, mają jakieś dziwne wymagania i chcą mówić swoim głosem.

Wiadomo, że uogólniam w tym. Wiadomo, że są światli ludzie już. Ale jeszcze ich mało.

Po zajęciach pędzę do guesthousu i tarzając się w humusie i chipsach i długich gumowych cukierkach żelowych pisze sobie różne rzeczy i zasypiam o 22 co jest jakimś rajem i zażywam melatoninę i odkrywam jak to dobrze jest spać 8 godzin, jaki to szok dla ciała. Może się uda w Warszawie spać też 8 godzin, życie będzie inaczej wyglądać.

12903655_518239595022518_699192039_oZagrałam dwa spektakle dla kopenhaskiej publiczności, tylko, że poszło za dobrze, jak gram po angielsku to nagle wychodzą z zakamarków wszystkie skecze które oglądałam, oglądałam ich milion i wszystkie amerykańskie postaci się kłębią i wychodzą ze mnie demony śmieszności i jadę na maxa i potem dostaję komplementy, które mnie krępują, bo zaprzeczam w tych scenach całej swojej filozofii, bo co za pierdolenie o slow comedy i ciszy na scenie, jak potem wychodzę i jestem demonem takim, że Mellisa MacCarthy by mnie adoptowała i tak, extra to jest i brawa, ale mnie krępuje. Dostaję komplementy, których nie umiem przyjmować. Ale to może jakieś moje upośledzenie psychiczne.

I co? Wszyscy wszędzie grają to samo, a wszyscy wszędzie chcą grać slow comedy, a wszyscy oprócz wiadomo kogo robią to cały czas za prędko, za nerwowo, za już. Ale żeby grać slow comedy to trzeba najpierw pańszczyznę odwalić, grać, robić, scenę myć i pazurami skrobać, obejrzeć sto spektakli i zagrać ich jeszcze więcej i najlepiej żeby co najmniej połowa była straszna, trzeba się wymęczyć, trzeba pocierpieć, trzeba popłakać, trzeba stłamsić się na firmowych imprezach i oddać hołd i cześć i powzywać sobie duchy Dela Close’a. Ja do tej pory tylko raz zagrałam spektakl prawdziwie slow comedy, jeden spektakl, który nie wpadł w szał, na ile zagranych? I pamiętam każdy moment tamtego spektaklu, z Pawłem graliśmy w Krakowie, nic się w zasadzie nie działo, o rany i jakie to było przyjemne, byłam po prostu przez 45 minut inna osobą. Ile jeszcze pracy przede mną, ile takich warsztatów, ile myśli i ile nienawiści do siebie, że się znowu powiedziało ten durny żart i po co.

12874502_518239611689183_498153321_oI co? Jedzenie, panie, fatalne w tej Danii, no żeby boczek roić na centymetr szeroki prażyć go w tłuszczu głębokim i sosem bez smaku podawać, no nie. Ale w sumie Ron Swanson by za taki boczek oddał mały palec, więc no dobrze, nie będę narzekać. A to miasto wspaniałe. Ciche, spokojne, kolory dobre, wszystko zaprojektowane a nie jebnięte na ulicę. Nie ma billboardów. Nie ma szmat na budynkach. Elegancko i dobrze. Mogłabym tu mieszkać. I wody dużo i idę sobie rano na te warsztaty spokojnie wzdłuż rzeki i tak! Dobrze tak samemu pobyć, nawet tylko 6 dni.

Steve mówi o inwokacji w Haroldzie i płakać mi się chce ze wyruszenia, ale nie płaczę, bo nie chcę żeby wszyscy myśleli, że mam pms. A może mam i co poradzę na to? Nic. Nie moja wina, że mam pms, jakby to by wybór, to bym nie miała tego demona, tego prawdziwego zła, które zrodziło koncepcję piekła. Nic nie wie o diable ten, kto nie miał pmsu, co nie?

I nagle już ostatni dzień i spektakl wieczorem. Gram, śmieją się, przychodzi pani z UCB, która też tutaj uczyła i rozmawiamy o Hurcie Luster w Nowym Jorku, więc puchnę z dumy i czuję się bliżej…czego? Chciałam napisać centrum, ale czemu w zasadzie? My też walczymy na naszej ciężkiej polskiej niwie. Albo właśnie rzucę to wszystko i pojadę tam i wyprowadzę się z tego kraju na najbliższe 4 lata, bo jak pseudominister szyszko (nie będę nazwiska tego buca pisać z dużej litery, prędzej sczeznę) wytnie wszystkie lasy, to w sumie nie chcę tu mieszkać.

Takie myśli, narodowo-artystyczne-polityczne w czasie przedświątecznym w Danii. Dobrze jest robić warsztaty z obcymi ludźmi. Dobrze się pomęczyć. I dobrze to wszystko zobaczyć. Ten mały dziwny festiwal, robiony z sercem dużym, w dobrej intencji, naprawdę dobrze. Wyjechać samemu, zostać na chwilę pozbawionym oparcia. Lubię tak. Chociaż niby there is no geographical solution for the emotional problem, które to powiedzenie chyba wreszcie sobie gdzieś wytatuuje. Dziękuję za uwagę.

Joanna Pawluśkiewicz

*Warsztaty odbywają się w ramach Copenhagen International Impro Festival

Comments

comments