nyc-skyline

NYC – odcinek pierwszy

Od dwóch miesięcy wykluwam tekst o slow comedy i szczerze mówiąc, nie wiem czy kiedykolwiek uda mi się go opublikować. Jest to materia na tyle nieuchwytna, że wymyka mi się z rąk jak tylko próbuję ugnieść ją w kształt liter… Tymczasem zdążyłem wyjechać do Nowego Jorku na pół roku – głównie ze względu na dziewczynę, która tu studiuje ale skoro już jestem w miejscu gdzie tworzy Amy Poehler i reszta z UCB, gdzie występuje Louis CK, gdzie powstaje SNL i w końcu gdzie wyprodukowano 30 Rock, Friends czy Kevina samego w Nowym Jorku – aż żal byłoby nie skorzystać z takiego bogactwa komediowych głów.

Niestety przyziemne kwestie potrafią oddalić od marzeń choć też mogą być pożywką dla komedii. Zamieszkałem z Helen w pokoju rozmiaru materaca (plus 50 centymetrów z dwóch stron) – tymczasowo oczywiście, ponieważ mieliśmy zająć większy pokój piętro wyżej, ale jakiś człowiek się nie wyprowadził, bo zamiast się wprowadzić do innego człowieka to się z nim rozstał i teraz w depresji nijak nie może myśleć o takich błahych sprawach jak mieszkanie. Próba interwencji u pana Tadeusza, kamienicznika, właściciela całego budynku skończyła się na wysłuchaniu nieziemsko długiej historii jego życia, ze szczególnym naciskiem na jego szybką karierę w latach 80-tych w olsztyńskim CPN a potem pracę przy azbestach już za wielką wodą.

Szukanie pokoju do wynajęcia w Nowym Jorku to mordęga jakich mało. Kosmiczne ceny, warunki rynsztokowe, upierdliwi landlordowie. Pomyślcie sobie, że chcą potwierdzeń, że się zarabia pieniądze – wyborne! Nikt nie przyjmuje do wiadomości, że ktoś mógłby po prostu przyjechać do Nowego Jorku. Przyjechał tu i co? Sam nie wiem co mam na to odpowiedzieć, więc zacząłem zmyślać, że studiuję, ale studenci są jeszcze bardziej podejrzani o niepłacenie.

No ale do rzeczy. Jest ziarno prawdy w tym studiowaniu, bo zapisałem się na dwa kursy w UCB. Jeden z szukania gry w scenie improwizowanej a drugi z pisania skeczów. Planuję jeszcze kilka kursów w Magnet (najchętniej u Armando Diaza i Davida Razowskiego), gdzie wczoraj byłem na występie duetów. 5 par po 15 minut – o części z nich przez grzeczność nie wspomnę, natomiast zainteresował mnie występ dwójki, która nazwała się “Can’t catch a cab”. Nazwa w bardzo subtelny sposób pokazuje dystans do siebie dwójki improwizatorów, z których Ashley była na wózku inwalidzkim a Michael był czarnoskóry. Wzięli od publiczności miejsce, po czym rozpoczęli grę już po wyjściu z owej lokalizacji, czekając na nigdy nie nadjeżdżającą taksówkę. Z ich rozmowy pączkowały reminiscencje: praca kobiety w sklepie z materacami gdzie najgorszą rzeczą jest budzenie ludzi, praca mężczyzny, który musi się mierzyć z szefem strzelającym do niego papierowymi kulkami przez obudowę długopisu, nadawanie dziwnych imion dzieciom itd. Konstrukcja spektaklu była bardzo prosta ale zaskoczyła mnie bardzo płynna realizacja montaży (mimo oczywistych ograniczeń), szybkie nabudowanie bogatego świata i błyskotliwe rozwijanie komediowych konstrukcji.

“Can’t catch a cab” uzyskali nie mniejszą przychylność publiczności niż prowadzący wieczór, którzy jako bardziej doświadczeni występowali na końcu. “Little buddy” zagrali długą scenę w zadanej przez widownię lokalizacji – swim-up barze, w którym lodówka była pod wodą, dostępny był wyłącznie rum a barman był średnio rozgarniętym, jowialnym typem. Kobieta przy barze starała się go ignorować i tylko zamówić alkohol aby wrócić do otyłego syna taplającego się poza kadrem. Urywana rozmowa przerodziła się w ciekawą wzajemną psychoterapię, z której obydwie osoby coś wyniosły. Anna i Alex dzięki spokojnemu budowaniu świata doszli do przełomowych odkryć na temat swoich postaci i pozostawili po sobie bardzo miłe wrażenie.

Na razie tyle. Planuję raz w tygodniu dzielić się doświadczeniami związanymi z improwizacją i skeczopisarstwem, choć pewnie też będę ględził sprawach kompletnie nie związanych z niczym. Tak dla zachowania równowagi psychicznej.

Do usłyszenia!

Paweł Najgebauer

 

Comments

comments