delcloseproofsheet

Kim właściwie był Del Close

Oczywiście denerwujące jest to, że wszystko w czym człowiek uczestniczy musi mieć jakiegoś guru, albo jakiegoś proroka albo jakąś nadrzędną osobowość, która to ruszyła do przodu. Oczywiście, że wspaniale by było gdyby ruchy, jakiekolwiek, artystyczne, społeczne, ruszały się po prostu jak fala a nie, że się zawsze okazuje, że jest jakiś jeden facet (z reguły) i okazuje się, że jest jakaś grupka czcicieli, którzy za poważnie traktują swoje obowiązki czcicielskie i człowiek od razu czuje to mrowienie sekciarskie i przemienianie dziecięcych Jezusów na coś niby dorosłego.

Kwestionować należy oczywiście każdy autorytet, wiadomo,  już szczególnie, ten, co go w ogóle nie ma, ale akurat ten autorytet o którym zaraz będę pisać przyszedł do mnie w ogóle nie ewidentnie i właśnie powoli odkrywałam ten jego kult i to jest takie ciekawe, że bez niego faktycznie pewnie ani rusz i nie było by mnóstwa dobrych rzeczy.

Del Close

Odczuwam taki smutek ale i radość za każdym razem, kiedy rozmawiam z kimś, kto się, jak mówi, zajmuje improwizacją i na pytanie o Dela Closa ma nagle ten wyraz twarzy zajączka przyłapanego na niewiedzy w szkole na pierwszej lekcji.  Ale radość też, bo przed nim taka przygoda! Ludzie! Trzeba wiedzieć skąd się jest i dlaczego możemy robić to co robimy za pomocą tych prostych metod które dostajemy. Potem się tak człowiek męczy, kombinuje, wali żartami i popisuje się za całych sił, wyważa te legendarne otwarte drzwi i w ogóle odkrywa coś, co już dawno zostało opisane i przetrenowane. Lepiej wiedzieć.

del-close-ferrisDel Close – kto to się w ogóle tak nazywa i czy to coś znaczy – myśli poszukujący wiedzy improwizator teatralny. Close? Naprawdę?

Urodził się w 1934 roku, w Kansas. W czasie jego młodzieńczych lat już gazety podobno pisały o jego wybrykach  i legendarnych prankach jakie robił w liceum. Między innymi wchodził w grę udawany wypadek samochodowy, strzelaniny, pistolety i takie tam. Funkcjonował pod pseudonimem „Pickle”.  Czy to się wydarzyło naprawdę? A czy naprawdę ukradł egipską fajkę do palenia opium z Metropolitan Museum? A czy naprawdę podpowiedział Ronowi Hubbardowi założenie kościoła, bo podatki? Przyjaźnili się, poważnie i naprawdę. Twierdził, że zarejestrowana scjentologia to jego sprawka.

Czy naprawdę był wiccanem, czy naprawdę oddał swoją czaszkę do teatru, żeby grała w Hamlecie, czy naprawdę gotował dla Eisenhowera i zażywał kwasy z Timothym Learem (zażywał)? Jak tylko zaczynasz czytać, rozmawiać o Delu Closie natychmiast otaczają cię opowieści o wspaniałych przygodach, anegdoty, legendy, dziwne napisy nad sceną, wykańczające próby po 12 godzin, gdzie katował ludzi w kółko grając sceny kto co gdzie kto co gdzie kto co gdzie i tak do rana, legendy o tym jak powstawał Harold. Itd. Przychodzisz do iO i w kuluarach słyszysz, że gdzieś jest tu ołtarz z jego prochami i lekko niedobrze ci się robi, włącza ci się dobry postkomunistyczny gen śledzący powstawanie kultu jednostki, jeszcze się potem dowiadujesz, że te wszystkie oczy w okularach na bluzach, zeszytach, biletach, legitymacjach to oczy Dela Closa, ale potem też się dowiadujesz, że gdyby nie on to nie byłoby UCB i, że zrobił pilotażowy odcinek najdziwniejszego show świata z Amy Poehler w przyczepie i co? I nie wiadomo co jest prawdą a co nie.

“Just because it didn’t happen – it doesn’t mean it isn’t true.”

O, rany jakie to jest extra – nic się nie trzeba przegrywać w tych scenach, nic nie trzeba podwajać, potrajać. Bo to są normalne sytuacje. Del Close wiedział jak nikt o tym koszmarnym zagrożeniu kabaretem, które jest nieodłączne od improwizacji. Kiedy zaczynał swoją działalność, a był aktorem, reżyserem, producentem, nauczycielem, dramaturgiem, improwizatorem, standuperem –  improwizacja to były gry i zabawianie ludzi, chyba, że szli w kierunku bardziej dramatycznym, ale wtedy nie improwizowali na całego, tylko posługiwali się ułożonymi scenariuszami, gdzie improwizowali dialogi itd. Trochę jak w teatrze del arte. Gdyby nie poszukiwania i praca Dela Closa nad rozwinięciem długiej formy i dojście do tej filozofii improwizacji, którą stosuje Tj i Dave albo Dummy – to nie wiadomo na ile te wszystkie gry i te wszystkie żarciki były królami. Jak dobrze, że nie są. Del Close uświadomił, że wcale nie śmieszne jest to, że wychodzimy na scenę i się kłócimy. Że nie trzeba grać. Nie! Nie można grać! Trzeba być i już. Just because it didn’t happen – it doeasnt mean it isn’t true – te wydarzenia dzieją się na scenie, ale one równie dobrze mogłyby się dziać naprawdę. Nie po to gram, żeby w kółko eksplorować co się stanie jak będę jaszczurką z problemem alkoholowym na Jamajce, ale co się stanie, gdy okaże się, że w tej równoległej rzeczywistości jestem bankowcem bez serca i musze sobie jakoś z tym radzić. Czy to nie jest ciekawsze milion razy? Wrzucanie siebie do rzeczywistości, które mogłyby się zdarzyć. I Del Close właśnie to zaczął robić.  Działał tyle lat. Tam i z powrotem wyrzucali go z Second City i innych teatrów, krążył między Chicago, Nowym Jorkiem a San Francisco, pił, zażywał mnóstwo narkotyków, jeździł na odwyki, uciekał z nich, no całe wspaniałe życie beatnika miał… Zakładał grupy, które stały się legendami i bez nich współczesna komedia byłaby naprawdę bez sensu. Bill Murray powiedział, że to najsłynniejszy człowiek w świecie komedii, o którym nikt nigdy nie słyszał. Oglądamy sobie Seinfelda i wcale nie wiemy, że cała struktura oparta jest na Haroldzie i, że chciał się nawet procesować z Larrym Davidem, że mu tak bezczelnie podpierdolili format – ale olał to.  Pracował 40 lat, odkrył Johna Belushiego, bez niego nie byłoby Chrisa Farleya, Billa Murraya, Mike Myersa, Johna Candy, Harolda Ramisa –  całej tej szajki, której zawdzięczamy całe dzieciństwo i to, co się dzieje teraz. UCB, którego jest guru chaosu. Zawdzięczamy mu to wychodzenie poza strefę komfortu, ten lęk i pójście za nim. Bo bez tego wszystkiego, bez jego formatów i jego filozofii, co byśmy robili? Wychodzilibyśmy na scenę, grali wesołe sceny o kłótni, baba z chłopem, trzymają się pod boki i jadą. Co jakiś czas żarcik z odnośnikiem do popkultury i mamy ich w ręku, już, klaszcze gawiedź, bawi się.

Bo takie traktowanie improwizacji właśnie prowadzi do tego, że zaczyna się swoja publiczność tak traktować. Walimy żartami, ośmieszamy naszego partnera na scenie, zgrabnie wytrącając go z tego świata prostym tekstem – A co ty robisz? Pijesz niewidzialną herbatę? – i co? I już! Gawiedź się śmieje a my w poczuciu chwały schodzimy ze sceny. NIE!!!! NIE!!! Nie! Jak ktoś bardzo chce, to niech sobie to robi, oczywiście, ale co dalej?

Publiczność nie jest żadną gawiedzią. Publiczność jest tymi ludźmi, którzy przyszli nas oglądać na scenie, rany boskie, co z wspaniali ludzie! Chciało im się wyjść z domu, chciało im się zamknąć komputery i przyjść na nasz spektakl. Nie atakujmy ich kretynizmem i hucpą – dajmy im prawdę i szczerość. Nie mrugajmy do nich oczkiem, że to wszystko na niby. Niech idą razem z nami, niech się śmieją w tych miejscach dialogu, gdzie i my, jako uczestnicy jego, byśmy się zaśmiali, niech humor wyniknie z sytuacji tego, co dzieje się między nami, a nie z obrażenia człowieka.  O to mu chodziło w jego poszukiwaniach. Podoba mi się to.

Mówił, że tak naprawdę chodzi o strach. O strach przed śmiercią też. Przecież kiedy zaczynamy grać normlanie, bez popisów i piszczenia, kiedy zaczynamy grać prawdziwego Harolda, z reguły się okazuje, że nasz group mind produkuje natychmiast historie o śmierci, odchodzeniu, utracie. I dziwimy się, skąd się biorą te tematy, jednak to gramy, a ludzie na widowni to rozumieją i w to idą i cieszą się tym. Śmierć i strach.  Ale oczywiście dużo łatwiej zagrać sceny o złym sklepikarzu, który na końcu zamienia się w stado myszy, ale o ile ciekawiej tego nie zagrać, i poszukać czegoś, czego się boimy. I odkryć to, wspólnie z widownią i złamać ten strach. Ja to w ogóle wszystko robię, bo się boję, że nie będę umiała tego zrobić, więc od czasu jak odkryłam Dela Closa polubiłam ten strach mój i cieszę się nim. W życiu się tak nie bałam niczego jak improwizacji na scenie, no to musiałam zacząć to robić.

Buntowaliśmy się przeciwko temu kultowi jednostki bardzo i wiadomo, można podchodzić do tych korzeni improwizacji, że, właśnie taki Del Close by miał to w dupie i odkrywajmy swoje światy i róbmy wszystko swoimi metodami. Ale o ile przyjemniej odkryć, że nie jest się w tym wszystkim samemu i można stosować czyjeś doświadczenia i dodawać do tego swoje.

delcloseproofsheetMnie przyglądanie się filozofii i tych wszystkich formatów i amoku Dela Closa doprowadziło do kilku przyjemnych odkryć.  Po pierwsze nie muszę spełniać oczekiwań wszystkich. Po drugie, kiedy opanuję te przeklętą skłonność do rządzenia wszędzie i na scenie – to się dzieją przeciekawe rzeczy, kiedy dopuszczę innych ludzi do głosu. Po trzecie wspaniale jest się bać. Po czwarte, mogę być inna i się tym cieszyć i wykorzystywać to. Nie muszę być bez przerwy miła i starać się żeby wszyscy mnie lubili. No, to akurat jest bardzo ciężka sprawa, ale na pewno luz i wolność Dela Closa i obserwowanie jak wykorzystuje to Amy Poehler mi szalenie pomogły w tej drodze. I najważniejsze –  jak wspaniale wyzwalające jest odkrycie, że komedia nie pochodzi ze śmiesznych rzeczy. Komedia pochodzi z identyfikacji obserwacji i kontrastu.  I mogę robić wszystko co chcę.

Del Close robił spektakle, gdzie pojawiał się autentyczny strach. Pod koniec lat 80 grali takie improwizacje, żeby straszyć ludzi. Nie w wesołej formie, że, ot, gramy coś tam, ale żeby naprawdę straszyć, i wytrącić publiczność ze strefy komfortu. Czytali w gazecie najgorszą rzecz jaka się wydarzyła w tym dniu i grali do tego.  Podobno zagrali jakieś 20 przedstawień i z co najmniej połowy ludzie przerażeni wychodzili. A Del Clsoe zacierał rączki. Wywalił ich z oczekiwań, wywalił ich z tej strefy komfortowej, paskudnej, nierozwojowej, bezpiecznej, prowadzącej wprost do biesiady na Mazurach i na festiwal Mulatka. Prowadzącej do rozśmieszania na pierwszej linii żartu.

Del Close – jest mnóstwo artykułów, jest książka o Haroldzie, niedługo będzie kolejny film dokumentalny o nim. Co chwilę coś nowego – a to, że John Belushi bez niego by w ogóle nie był tym, kim się stał bo mu Del Close pokazał, że właśnie tego rodzaju zaangażowanie i szał jest tym, co powinniśmy robić. Że chaos jest celem.  Że można umrzeć zupełnie świadomie, żegnając się ze wszystkimi na imprezie przedśmiertnej. Że nie wolno się bać, bo, wiadomo, strach zabija duszę i zabija scenę. Że można się pokazać na scenie w prawdzie – i to będzie najcenniejsze.

I dopiero wtedy zacznie się prawdziwa komedia. Dopiero wtedy, jak się przekopiemy na drugą stronę tych strachów, będziemy naprawdę śmieszni i szczerzy.

Joanna Pawluśkiewicz

Comments

comments