Picture5

Improwizacyjno-aktywistyczne refleksje z roku 2017/2018

Już nie pamiętam kiedy coś napisałam. Bardzo przepraszam. Wracam powoli.
To wszystko przez improwizację. W maju zeszłego roku przeczytałam artykuł o improwizacji i o tym, że tylko ona uratuje świat. Mówiła to Tina Fey razem z Alanem Aldą (bo on nie tylko grał lekarza w MASHu, po pierwsze jest geniuszem improwizacji).

I przeczytałam i zrobił na mnie ten artykuł olbrzymie wrażenie, bo ważna dla mnie jest ta improwizacja właśnie ze względu na to jakie daje społeczne umiejętności i to, co robi z ludźmi, a nie dlatego, że kogoś na scenie rozbawię przez 10 sekund.

Często jestem na warsztatach zmęczona, albo zła, albo nie mam siły i zmuszam się do roboty i wchodzę na salę i tam czeka na mnie nieznany zupełnie zbiór ludzi i milczą smutno i nie wiedzą co się wydarzy i mi się też od razu udziela ten nastrój i mam załamanie, że może to się nie uda tym razem. I 15 minut później patrzę na tych samych ludzi, jak nagle w amoku radości podają sobie nieistniejące piłki i pizzę i wszystko mi wraca, ta wiara, ta nadzieja i ta miłość i to, że improwizacja naprawdę działa i staję często z boku, żeby szybko zapłakać z radości i wrócić i robić dalej wariackie gry, które są pozornie bez sensu, a nagle otwierają w człowieku człowieczeństwo i likwidują to idiotyczne przekonanie, że nie możemy się bawić jak jesteśmy starzy, że nic nie możemy, że w ogóle jesteśmy starzy i już nic nas nie czeka.

Nie zdarzyło się jeszcze, żeby jakaś grupa nie chwyciła tego, żeby to odrzuciła. Nawet grupa w domu kultury, w którym było 10 dzieci i 8 osób w wieku bardzo zaawansowanym (BARDZO) wspólnie opowiadało historię po jednym słowie zaśmiewając się z tego do łez. Nawet sprzedawcy samochodów w eleganckim hotelu w Trójmieście niechętni i skacowani po paru minutach zaczynają grać. Czemu? To się dzieje, bo na chwilę przestajemy zajmować się sobą. Bo nagle chcąc nie chcąc musimy myśleć o innych.

Picture1 Picture2

Jak przeczytałam ten artykuł w maju to akurat było tak, że zaczynała się akcja w obronie Puszczy Białowieskiej. Siedziałam w Białowieży, wiedziałam, że trzeba działać, bo nam obok wycinają życie i zaczęłam pisać artykuł na ten nasz niezwykle regularnie prowadzony blog.
Napisałam kawałek.

A potem poszłam do lasu i minęło 8 miesięcy. Teraz jest luty i nie mam już tego artykułu, nie mam nawet już komputera gdzie on był, bo poświecił się sprawie i został potłuczony w amoku jednego zebrania, a za mną już ileś miesięcy sprawdzania jak improwizacja pomaga w obronie przyrody i jak połączyć te dwa życia. Sprawdziłam – działa. Najlepiej. Acz ze stratami – nie śpi się, mało jedzenia, w areszcie się posiedziało, część znajomych mówi, że zwariowała, co tydzień w sądzie i paranoja. Ale warto.

Picture3

Po pierwsze działa to, o czym mówimy na każdych zajęciach – wyjdź ze swojej strefy komfortu – tak, wylazłam. I nie mówię tutaj o aspektach walki o przyrodę typu spanie w lesie czy mieszkanie pod namiotem, czy tam jakieś takie durnowate codziennie rzeczy. W ogóle to nie jest ważne i wreszcie przestańmy tak bardzo się zajmować warunkami w jakich żyjemy, bo potem te warunki nas pochłaniają i naprawdę to jest niepotrzebne, więc na miłość boską. Inna strefa komfortu jest ważniejsza. Ta, że się przestaje robić dla siebie. To jest wyjście ze strefy komfortu tak naprawdę. Bo my tylko w sobie i w sobie i nigdy do nikogo tak naprawdę.

Moje uczucia, mój komfort, moje jedzenie, moja wygodna, ja ja ja ja, wiadomo, wtorek ja, środa ja, zawsze ja – a tu nagle nie ty, tylko coś ważniejszego. Ja się staję zbiorem wielu ludzi i nagle ta siła się pojawia, że możesz wszystko. Tak samo jak na scenie, tak samo jak w grupie. Jakaż to jest ulga dla wszystkiego.

Bez improwizacji ciężko by mi było wskoczyć grupę, którą tworzy parę setek ludzi. I ta grupa się zmienia, trzeba ją ogarniać wspólnie, trzeba uszanować zbiorowe uczucia. Czasem za dużo ego, ah, jak wtedy od razu to widać, dzięki też treningowi improwizacyjnemu. A jak bardzo swoje się widzi ja nagle, jak nagle ponosi człowieka miłość do siebie i jak jedzie, jak każdy improwizator w pewnym momencie swojego życia na scenie – no nie? Jak to miło jak się śmieją z TWOICH żartów, jak to dobrze ci robi, jak TY rządzisz zna scenie, jak czujesz, że masz tę widownię w garści, że wszystkie oczy skierowane na mnie jak mówił Kaliber, tylko, że właśnie to nie działa. Właśnie to jest od razu twoją porażką. Długo mi się wydawało to zupełnie bez sensu. Bo co za gadanie, Belushi, Amy Poehler, no dajmy spokój, no demokracja demokracją, ale bez przesady, jakiś lider musi być.

Musi, jeszcze w starym hierarchicznym myśleniu. Które naprawdę musimy zacząć odrzucać, bo inaczej będziemy na wieki pogrążeni w feudalizmie. Będziemy gadać o patriarchacie i feminizmie, a wciąż będziemy sobie szukać lidera.

Improwizacja działa jak się ją robi razem. Jak się szanuje inne osoby, jak się nie wywala siebie na pierwszy plan. Jak się myśli MY a nie JA. Jason Shotts mówi, że jak nie chcesz działać w grupie to idź robić stand up – i naprawdę, to są takie mądre słowa – idź robić stand up, tam wszystkie światła na ciebie, po co masz się męczyć w zbiorowości? Może nie każdy chce. Ale mi kiedyś ktoś powiedział, że jak ogląda Hurt Luster to nie wie, która z nas co robiła, a która mówiła, bo jesteśmy jak jedna osoba na scenie. Koniec z tym niepotrzebnym ego i tym bezsensownym martwieniem się o siebie.

Picture4

Uczę się tego tak bardzo długo na scenie i tak szybko w Obozie dla Puszczy. Gdzie codzienne zebrania, gdzie gromada ludzi z całego świata, połączona ideą, próbuje naprawdę nie zwracać uwagi na swoje ego i na swoje jazdy, tylko robić coś razem. Obronić coś większego od nas. Coś się udało, walka cały czas trwa, nigdy się nie kończy.

Bezustannie podziwiam geniusz Violi Spolin, która odkryła, że jak się ludzie bawią i są razem, to lepiej działają. I, że są tak proste metody, które to robią i dzięki którym może nam być łatwiej, a będzie nam łatwiej jak będziemy działali razem. I to najlepsze uczucie świata, jak nagle odpuścisz indywidualizm i oddasz trochę kontroli ludziom. I zaczynasz czuć bezpieczeństwo wspólnoty. Najtrudniejsza rzecz świata.

A jak wracałam czasem z tych akcji na harwesterach i trzęsło się ciało i adrenalina pulsowała wszędzie i nie wiadomo było czy śmiać się czy płakać, to nagle trzeba było się po prostu zacząć śmiać, bardzo śmiać, śpiewać wariackie piosenki, żeby to wszystko rozładować, i tak bardzo i szybko to działało, jak prysznice, jak masaże, śmiech przez godzinę i od razu można robić dalej, pędzić, nie spać, nie jeść, wiedzieć, że jest ważniejsza rzecz niż ja sama, ja sobie jakoś poradzę, a jak my nic nie zrobimy, to oni zarżną wszystko i nic nie zostanie i będą tylko nas obrażać, mówić o tych grubych tysiącach, które ktoś nam płaci, i ja, bez tego, że mogę się śmiać, będę się tym strasznie przejmować i martwić.

https://www.facebook.com/dlapuszczy/

I znowu – na takich samych podstawach improwizacja – tylko prawda, tylko szczerość, tylko dziki szał nas uratuje, inaczej to są licealne popisy frustratów, nie kochających siebie ani nikogo. Kochających tylko te brawa które dostają. A to nie o nie chodzi.

Ah, dość pretensjonalne te moje wywody. Ale chciałam je już dać do świata, zacząć powoli wracać, opowiadać, dzielić się. Zacząć tłumaczyć powoli też sobie, co jest takiego w tej Puszczy Białowieskiej, że dla niej się zmienia życie. Tak samo jak dla improwizacji.

Do zobaczenia!

Joanna Pawluśkiewicz

Comments

comments