dont think twice

Don’t think twice

Wszyscy już chyba w świecie improwizacji to obejrzeli a ja jakoś tak zabierałem się do niego jak pies do jeża. Jak jeszcze byłem w Nowym Jorku a film już wszedł do kin, bezsensownie zwlekałem aż na koniec pobytu już nie było kiedy pójść, bo człowiek się pakował, załatwiał sprawy… W każdym razie dopiero dzisiaj dowiedziałem się, że można za darmo oglądać w internecie (poszukajcie, bo podobno nie mogę tu podawać linka), więc obejrzałem i postanowiłem podzielić się refleksją, bo dawno nic tu nie pisałem.

Kilka razy się wzruszyłem, kilka razy się uśmiałem, czyli tak jak powinno być oglądając komedię. Oglądanie tego filmu jest trochę jak oglądanie improv – czasami wręcz nieznośne, szczególnie gdy główny bohater rzuca się w wir popisów scenicznych gdy na widowni są headhunterzy z popularnego telewizyjnego show (Weekend Live… niewiele tu zrobiono aby ukryć podobieństwa do SNL).

Ale od początku. “Don’t think twice”, film Mike’a Birbiglii to chyba pierwsza fabuła, która nie tylko wspomina o improv ale wręcz w stu procentach się wokół niej obraca. W skrócie to historia fikcyjnej nowojorskiej grupy improwizowanej The Commune, która przeżywa rozpad trochę ze względu na wyburzanie budynku ich teatru (“pewnie pod kolejny Trump Tower”) a bardziej ze względu na to że jeden z nich dostaje pracę we wspomnianym Weekend Live a resztę w związku z tym targa cała gama uczuć od radości (w niewielkim stopniu) przez poczucie porażki i zazdrość aż po złość.

Osobiście dla mnie ten film był dużym przeżyciem – wszystkie miejsca gdzie grali (teatr do złudzenia przypominający UCB Chelsea), gdzie imprezowali i gdzie chodzili przypominały mi o pół roku spędzonym w tym mieście. Prawie wszyscy członkowie The Commune coś dla mnie znaczą. Keegan-Michael Key to jeden z duetu Key&Peele, jednego z najlepszych według mnie skecz szołów w historii komedii. Wspaniała Gillian Jacobs to osoba, której pewnie kochał się każdy, kto oglądał Community Dana Harmona czy Love Judda Apatowa. Tami Sagher i Chrisa Getharda można oglądać regularnie w UCB, a tego drugiego też można też słuchać w popularnym ostatnio podkaście Beautiful/Anonymous.

Nie tylko zresztą przeżywałem ten film ze względu na miejsca i osoby. Cały vibe przedwystępowej nerwowej rozgrzewki, oczekiwania na wejście na scenę, dziwnych rytuałów (całowanie drewnianego misia w nos), rozmów po spektaklu, naśmiewania się z siebie bez tematów tabu, przyjaźń, zazdrość, miłość i niepewność – to wszystko dobrze zna każdy kto jest zaangażowany w improwizację.

Gdy Jack, postać grana przez Keegana-Micheala Keya dostaje pracę w programie Weekend Live, cały system wewnętrzny grupy zaczyna trząść się i sypać. Widać to w ich relacjach zarówno poza sceną jak i w czasie występów. Grupa trzydziestolatków, którzy od 11 lat hobbystycznie ale nie bez sukcesu improwizowali a poza sceną wiedli dosyć przeciętne życia, zarabiając jako kelnerzy, dostawcy kanapek czy instruktorzy improwizacji nagle w obliczu sytuacji, w której jeden z nich faktycznie spełnia marzenie każdego z nich, zaczynają powątpiewać w sensowność swoich egzystencji. Z jednej strony inspiruje ich to aby samemu mocniej zawalczyć o swoje artystyczne cele a z drugiej wszechogarniająca beznadzieja, rozbiórka teatru (każdy kolejny spektakl grali na coraz bardziej zdekompletowanej scenie) i niesnaski urastające do rangi otwartych konfliktów powodują, że grupa się rozpada.

Film, mimo, że jest komedią, jest w ogólnym rozrachunku dosyć przygnębiający. Pokazuje trochę to, o czym pisałem w jednej z moich relacji z Nowego Jorku, że ponieważ improwizatorzy nie dostają za swoje występy wynagrodzenia, improwizacja jest traktowana bardziej jako trampolina do kariery telewizyjnej i filmowej. Tę drogę zresztą przeszli chyba wszyscy występujący w tym filmie, włącznie z reżyserem Mikiem Birbiglią. Pocieszające dla nas w Warszawie jest to, że ze względu na postępującą profesjonalizację i rosnącą popularność improwizatorzy dostają sensowne pieniądze za występy i jest powiększająca się grupa ludzi, którzy w stu procentach żyją z improwizacji (nie tylko jedzą ale też płacą kredyty i utrzymują dzieci). Ponadto telewizja nie jest nami zbytnio zainteresowana a i my tę telewizję w większości mamy w nosie. W związku z tym raczej taki scenariusz u nas jest niezbyt prawdopodobny, choć pewnie trzeba być gotowym na wszystko.

No i nie wiadomo czy polecam ten film czy nie – i w sumie dobrze, po co się wychylać z opiniami.

Paweł Najgebauer

Comments

comments