Amy Poehler na konferencji prasowej DCM18

Del Close Marathon 2016

Pod koniec czerwca 2016 roku odbył się po raz osiemnasty festiwal „Del Close Marathon” w Nowym Jorku. To największy festiwal teatralny jaki można sobie wyobrazić. Przez 72 godziny gra około 700 grup, bez przerwy – dzień i noc. Jak to? No tak, to festiwal improwizacji teatralnej. Improwizatorzy są specyficznym rodzajem ludzi teatru (?) – im ciężej tym lepiej. Na festiwalu grają na kilku scenach, w okolicach Chelsea, a organizuje wszystko Upright Citizen Brigade, czyli teatr założony przez jednych z najlepszych komików świata, którym zawdzięczamy między innymi serial „Park and Recreation” albo skecz show „Key and Peele” (pisząc w skrócie, bo długo by wymieniać ich osiągnięcia i ich wszystkich uczniów i współpracowników, których kochamy wszyscy i którzy umilają nam jakoś cierpienia życia). W każdym razie przez 72 godziny grają WSZYSCY –gwiazdy serialu „Silicon Valley”, i drużyny z Oklahomy, skład Saturday Night Live i scenarzyści wieczornych amerykańskich programów, dziewczyny z „Broad City” i faceci z „Birthday Boys” – kompletna orgia improwizacji i komedii. W zeszłym roku po raz pierwszy wystąpiła tam polska grupa – zespół Hurt Luster – a w tym roku pojechała tam jeszcze większa ekipa warszawskaKlancyk, Hofesinka, PiP Show i Hurt Luster. I tam, na zupełnie amerykańskiej scenie, w gnieździe komedii amerykańskiej sprawdzamy czy nasze poszukiwania teatralne tam działają. I jak my tam działamy.

Gwiazdy DCM18
Gwiazdy DCM18

Działamy – ale jak o tym napisać? Kiedy nie ma języka do pisania o improwizacji, a kogo interesuje organizacja festiwalu. Bo to nie jest łatwe zadanie pisać o improwizacji. Jak opisać coś, co się zdarza tylko raz, nikt, kto tam nie był, nie dowie się o co chodzi i będzie się czuł jak ktoś, komu opowiada się swój sen i jesteśmy przekonani, że ten sen to szok i magia, a tymczasem w miarę opowiadania okazuje się, że sen żałośnie prosty i oczywisty, a na twarzy rozmówcy maluje się paniczny wyraz śmiertelnej nudy i zaraz czmychnie nam do łazienki. Najgorsze jest opowiadanie ludziom jak gdzieś było fajnie. Nie można opisać zawartości spektaklu improwizowanego, bo nam wyjdzie właśnie opowiadanie snu – do zanudzenia.
Więc tak bardziej ogólnie.

Dla większości z amerykańskich komików, aktorów, scenarzystów improwizacja jest tylko etapem w karierze, sztuką, która nauczyła ich współpracy, braku wstydu, braku strachu przed oceną innych, szacunku dla wyborów scenicznych partnerów i zaprowadziła do telewizji, filmu, kina. A improwizacja – sztuka teatralna wywodząca się jeszcze z komedii dell’arte, ale zmieniana, przemyślana, nabierająca zasad (choć to brzmi jak oksymoron), rozwijająca się bardzo od prostej rozrywki do spektakli teatralnych, sztuka, która ma swój specyficzny styl i modę, jakieś specyficzne nastroje, które są tak rozpoznawalne, że czy się gra z ludźmi z Polski czy Filipin, jest to natychmiastowe połączenie, będące wynikiem tego, że jako improwizator szkolony jesteś na zgodę i na współpracę, że mówisz TAK na wszystko, że posuwasz akcję do przodu, wspólnie, szybko, odważnie. To bardzo ulotne uczucie i oczywiście można się wykłócać o pretensjonalność tych stwierdzeń, ale skoro free jazz jednak doczekał się uznania i odbioru normalnego, to i improwizacja teatralna w Polsce kiedyś będzie postrzegana jako normalna sztuka, a nie jak coś, co ma prowadzić do celu i ewentualnie jest respektowane w sztukach teatralnych, które się posługują improwizacją, ale tak nieudolną, tak trudną dla zawodowych aktorów, że aż żal patrzeć jak się te biedaki męczą.

Gramy na żywo i bez przygotowania spektakle teatralne, które czasem mają jakąś strukturę, a czasem są zbiorem bezwładnych scen, które pokazują nas w sytuacjach zupełnie różnych ludzi, w wielu konfiguracjach, którym jedynym mechanizmem jest zgoda na rozwój sceny, która zaproponuje ta osoba z którą akurat gramy. I już. I w sumie tak jak w dzieciństwie się bawiliśmy na podwórku z wiarą absolutną, że bez to koń, a Sabina to He Man, to tutaj tak samo. Jesteśmy w tym. Wchodzimy w te postaci w całości. To jest jeden z najdziwniejszych momentów i doświadczeń w tym wszystkim – to nagłe i całkowite utożsamienie się z postacią, która właśnie wyszła z ciebie albo weszła w ciebie. I potem godziny rozmów po spektaklach: ale mi się wydaje właśnie, że gołąb w twojej sytuacji zachowałaby się zupełnie inaczej. Ty mówiłaś do mnie tym wściekłym głosem, ale jako ty czy jako ten Filip? Ja nie byłam wtedy matką, tyś nie zrozumiał, ja byłam twoim synem – analiza pokrętnych zdarzeń i szału, w jakim byliśmy przez jakiś czas czasem zmusza mnie do myślenia, że to trochę bachanalia – wychodzi się z siebie, robi rzeczy i często w ogóle nie pamięta co się robiło.
Spektakl trzeba przeżyć z ludźmi którzy to grają, patrzeć jak czasem nie wiedzą, patrzeć na mimikę, i być razem w scenie ponieważ wszyscy razem to tworzymy. Dlatego tak ciężko napisać o spektaklach improwizowanych.

W Polsce ta sztuka jest w trakcie bardzo dobrego etapu wspaniałego rozwoju, zaczęło się wszystko dopiero 10 lat temu. w Ameryce trwa od ponad 60 lat. I jest już biznesem. Masy improwizatorów, którzy czekają na swoją szansę w Saturday Night Live, na swój sitkom, na film, na skecz show. Jest olbrzymia konkurencja, przepisy, agencje, układy, castingi, stawka jest tak duża, że ciężko znaleźć ten artystyczny szał, który powinien temu towarzyszyć, żeby była sztuka – bo musi być ideologia i serce, nie kasa. Tam kasa już trochę zniszczyła. U nas jeszcze nie.

Ale u nas wciąż trzeba udowadniać improwizację i jej wartość. Tłumaczyć ją. Amy Poehler jest improwizatorką, John Belushi i Bill Murray. Takie tłumaczenie dlaczego coś jest niefajne – aj, no aż trochę boli. No ale nie można tego nie robić – to jest takie wszystko dobre, że chcesz się tym dzielić z całym światem. I tłumaczysz, że serial „Spadkobiercy” i polskie biesiady gdzie kabaret jakiś gra w gry improwizowane – jednakowoż są zupełnie czym innym. Jak w muzyce, są różne gatunki. Tu też. Ale ciężko wyzwolić się ze stygmatu komedii w Polsce, biednej, spsiałej gałęzi sztuki, zaszczutej przez telewizje i wspólny wysiłek kabareciarzy.

No ale co w tym Nowym Jorku, bo to jakiś poemat dygresyjny, a gdzie amerykańskie anegdoty?

700 grup na festiwalu! To jest nie do obejrzenia ani do opanowania, szczególnie, że na każdy spektakl, który trwa najwyżej pól godziny trzeba czekać w kolejce co najmniej dwie godziny. Tak! Kolejki na dwa kilometry przed każdym teatrem. Czasem się ma wrażenie, że w tych kolejkach dzieje się prawdziwe festiwalowe życie.

Ale grasz tam, idziesz do garderoby, na kanapie siedzą panie i panowie z Saturday Night Live, pani z sitkomów, które oglądasz codziennie przed pójściem spać, autorzy skeczy, które inspirują cię do działania. Mijasz się w drzwiach kibla z Zachem Woodsem. I tak się czujesz, jako polski improwizator w dobrym nurcie. Czy to snobizm? Może. Może miłe zetknięcie z moimi idolami komediowymi. Amerykańska komedia zrobiła dla mnie bardzo dużo, dobrze jest oddać jej przez granie na tym festiwalu mały hołdzik.

Dobrze reprezentowaliśmy polski teatr improwizowany. W świetle nowej polityki kulturalnej naszego kraju jestem niezwykle dumna z tego, żeśmy tam pojechali i pokazali naszą ideologiczną, marksistowską u swoich podstaw sztukę, leżącą na absolutnej przeciwwadze obowiązującego kierunku myślenia. Nikt o tym nie wie. Ale ja wiem i to jest mój osobisty bunt i radość, że gram w Nowym Jorku, dzięki czemu polskim elementem w czerwcu 2016 roku nie było tylko odsłonięcie muralu smoleńskiego.

Trochę się też udało pooglądać. Widziałam musical improwizowany z Waszyngtonu, który spowodował, że siedziałam i patrzyłam z zachwytem ile jeszcze przed nami pracy, żeby umieć to robić na takim poziomie profesjonalizmu, jak dobrze nie być butnym i dumnym, tylko jeździć jednak do tych Stanów żeby zobaczyć profesjonalizm. Patrzyłam szczęśliwa jak improwizatorzy z UCB i Jean-Ralphio z Parks and Recreation robią dubbing serialu „Dawson Creek”. Z rozczarowaniem patrzyłam na ekipę z Saturday Night Live, jak improwizują przed około 1000 osób i jest to żałosny kabarecik i czułam jak moje polskie kompleksy upadają na amerykański bruk i toczą się w dal.

Ale otacza cię już ten biznes. Kasa. Za zgłoszenie do festiwalu – płacisz. Za opaskę, którą musisz kupić, choć tam grasz – płacisz. Za showy specjalne – dodatkowa kasa. Za wszystko kasa. Za warsztaty kasa. Utrzymanie na własny rachunek, nocleg, transport. To po co tam jechać?

Bo kusi ten mityczny świat. Podejdzie Matt Besser i powie, ah, marzę żebyś grała w moim serialu? Przyjdzie Lorne Michales po spektaklu Hurtu Luster i da nam kontrakty? Wiadomo, że nie. Nawet nie wiem czy bym chciała. Ale dobrze się dowiedzieć, że czy gramy po polsku czy po angielsku to działa i śmieją się. I rozumiemy się. I jest wspólnota. I Polska to nie tylko wycinka ostatniej europejskiej puszczy.

Nie da rady niestety nikomu pokazać nagrania ze spektakli – nagrana improwizacja traci sens, staje się pusta, trzeba w tym uczestniczyć, żeby przeżyć to razem. Najlepsi mistrzowie improwizacji, nawet John Belushi nagrany jak improwizuje jest męczący i nie do oglądania. Najważniejszym celem improwizacji jest zaskoczenie, a świadomość, że coś można cofnąć i zobaczyć jeszcze raz odbiera tej sztuce nagranej całą świeżość i podstawę istnienia.

I tak snując rozważania na temat europejskiego teatru…nie! wcale nie prawda, fanie by było napisać, że snuliśmy rozważania na temat europejskiego teatru, zanurzając się w nurcie życia w Nowym Jorku, ale to nieprawda. Jedliśmy dużo bekonu i innych pyszności amerykańskich, pojechaliśmy na rollercoastery w Coney Island, oglądaliśmy wystawy i inne rzeczy, zwiedzaliśmy obowiązkowe punkty – dziwne festiwalowe wakacje w jednym z najdziwniejszych miast świata.

W Ameryce mówią, że gramy trochę inaczej, że czuć tradycję europejską, że dziwne tematy. Że jesteśmy zaangażowani. Jesteśmy mieszanką ich warsztatu i naszego czegoś, tego pierwiastka europejskiego, tego nieszczęścia słowiańskiego, które w każdym komediowym spektaklu i tak się przebija, bo i tak się trzeba wreszcie rozprawić z poczuciem winy, matką i ojcem i papieżem. A w sytuacji miliona improwizatorów amerykańskich bycie z Polski staje się dobrym elementem promocyjnym. Jak jest 696 grup z Ameryki i 4 z Polski to automatycznie jesteśmy ciekawi. Ale czy to ma znaczenie? Czy już się wszystko nie stało jednym? Może tak, ale jednak pęta się jeszcze jakieś przekonanie, że oni lepiej od nas potrafią. Na pewno potrafią to wszystko lepiej wykorzystać. Komedia jest tam dominującą sztuką. Komedie nie są obciachem. Skecz showy nie muszą tłumaczyć, że nie są kabaretem. Komedia w Stanach jest bogiem. U nas bogiem jest nieszczęście i cierpienie (jeszcze).

I tak. Minął festiwal, minęły warsztaty przy okazji festiwalu, ludzie zrobili miliony zdjęć, zagrali setki spektakli – i wszystko minęło. Nigdy żaden z tych 700 spektakli się już nie powtórzy. I to jest chyba najpiękniejsze w improwizacji – nie ma się co do niczego przywiązywać, bo wszystko przeminie. Wydarzy się tylko raz. Jak wszystko.

Joanna Pawluśkiewicz

Comments

comments