Paweł Najgebauer (fot. Karina Krystosiak)

Być gotowym na wszystko

Często się powtarza: “improwizator to ktoś, kto jest gotowy na wszystko”. To półprawda, czyli jednym słowem pierdolenie. Co to w ogóle znaczy być gotowym na wszystko? Czy w życiu jesteśmy gotowi na wszystko? Czy jesteśmy przygotowani na to, że ktoś nam powie “ma pan raka”? Czy mamy gotową odpowiedź na “nie chcę już z tobą być”? Czy mamy ułożone słowa, które wypowiemy na hasło “chodźmy się całować”? To czemu do cholery improwizator ma być na to przygotowany?

A niech go to zaskoczy! Niechaj w tym zaskoczeniu zacznie się jąkać, ślinić, płakać, śmiać się! To co się wydarzy z ciałem i duchem będzie piękne, ponieważ nie zmyślone. Niechże to będzie dziecinne! Nieprzystające, nieprzystojne! Niezrozumiałe, zawstydzające i brzydkie tak jak wszystko co się z nami dzieje w takich chwilach. Tylko niech to nie będzie stłumione przez obawy, przez sztampę odpowiedzi, przez te oczy patrzące dookoła. Przez myślenie o tym jak w tej chwili wyglądamy.

Piękno improwizacji teatralnej tkwi w tym, że jest *improwizowana* czyli składa się z nie prefabrykowanych odpowiedzi. Prawda na scenie rodzi się wtedy gdy damy się ponieść emocjom i zapomnimy o tym, że ktoś to ogląda.

Raz takiej prawdy dotknąłem. Na “Zaburzonych..” Klancyka. Nie ma sensu tego opowiadać, ale ważne, że po spektaklu nie mogłem się podnieść z kanapy. Przygniotło mnie to i chciałem płakać – nie wiem czy ze szczęścia czy z żalu za tą postacią, której już nie było. Szukam tego ciągle, bo to było uczucie na miarę objawienia.

Kto jeszcze przeżył coś takiego? Wpisujcie miasta! Opowiedzcie!

Paweł Najgebauer

Comments

comments